Słodyczowa prohibicja czyli rzecz o inflacji prawa

Sharing is caring!

background-2554_1280Wielotysięczne kary za sprzedawanie uczniom drożdżówek? Dzieci handlujące w szkolnych zaułkach batonikami niczym gangsterzy za czasów amerykańskiej prohibicji? Dzięki ustawie przyjętej niemal przez aklamację wszystkich posłów ta zdumiewająca wizja stanie się od 1 września 2015 r. faktem.

Ustawa z dnia 28 listopada 2014 r. o zmianie ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia wprowadza radykalne ograniczenia w zakresie sprzedaży, podawania, reklamy i promocji produktów spożywczych w szkołach, przedszkolach, internatach oraz innych placówkach oświatowo-wychowawczych. Od pierwszego dnia nadchodzącego roku szkolnego w szkolnych sklepikach i automatach oferować będzie można wyłącznie artykuły spełniające drobiazgowe wytyczne. Ponadto szczegółowym restrykcjom podlegać będą produkty podawane uczniom na stołówkach. Ustawę Sejm przyjął większością 426 głosów przy dwóch głosach wstrzymujących się oraz zaledwie jednym głosie sprzeciwu.

Ustawa nie wskazuje wprost katalogu produktów zakazanych, lecz odsyła w tym zakresie do rozporządzenia Ministra Zdrowia. Warto wiedzieć, że w początkowej wersji projekt zawierał wyliczenie zabronionych artykułów spożywczych, w trakcie prac w komisji posłowie zdecydowali się jednak nie rozstrzygać tej problematyki na poziomie ustawowym. Na wstępnym etapie prac w projekcie mogliśmy przeczytać między innymi o zakazie sprzedaży „środków spożywczych szybkiego przygotowania typu fast food i typu instant serwowanych na poczekaniu o zawartości sodu przekraczającej 300 mg Na w 100 g produktu” (czym jest środek szybkiego przygotowania? Co to jest typ fast food? Co to jest typ instant? Czy „poczekanie” to 5 minut? A może już 10?). Projektodawcy proponowali także zabronić oferowanie w szkołach „przekąsek z dodatkiem soli” (czym są przekąski?). Po bezowocnych próbach przygotowania listy zakazanej żywności przekazano ten obowiązek do wykonania na poziomie rozporządzenia.

Kłopoty projektodawców z jednoznacznym i legislacyjnie poprawnym zdefiniowaniem tego, co jest zdrową żywnością, a co zdrową żywnością już nie jest, są znamienne. Nie da się bowiem wyznaczyć sztywnych ram zdrowego żywienia przy pomocy kilku generalnie sformułowanych wskaźników chemicznych; taki katalog zawsze pozostawi poza zakresem produktów zabronionych żywność „niezdrową”, obejmując jednocześnie produkty, których szkodliwy wpływ na zdrowie bynajmniej nie został przekonująco wykazany. Próba podzielenia żywności na zdrową i niezdrową musi doprowadzić do szczegółowej i kłopotliwej kazuistyki, będąc tym samym doskonałym przykładem przeregulowania gospodarki. Przypuszczać należy, że właśnie trudności z ustaleniem katalogu żywności zakazanej skłoniły posłów do pójścia na skróty i ucieczki do przodu poprzez zepchnięcie tego ciężaru na kogoś innego. Minister wyda rozporządzenie i „jakoś to będzie”.

Ser? Byle nie topiony. Absurdalne plany rządu

Minister Zdrowia wprawdzie nie wydał jeszcze rozporządzenia, na stronach Rządowego Centrum Legislacji można jednak zapoznać się z jego wersją przygotowaną na potrzeby konsultacji społecznych. Kierunek, w którym zmierzają prace nad wydaniem tego aktu prawnego – zgodnie z oczekiwaniami – budzi rozbawienie i prowokuje do zadawania pytań o powagę konstytucyjnych organów państwa. W projekcie znaleźć bowiem możemy m.in. szczegółowe wytyczne, jakie spełniać muszą serwowane uczniom kanapki czy też zakaz sprzedaży wędlin zawierających powyżej 10% tłuszczu (arbitralnie przyjęte kryterium; wysoka zawartość tłuszczu wcale nie jest najgorszym, na co natrafić może amator przerobów mięsnych). Dozwala się sprzedawać owoce i warzywa, jednak gdy są one suszone, dopuszczalne są tylko w paczkach o pojemności do 50 gramów. Wielokrotnie natrafić można na bezwzględny zakaz oferowania produktów dosładzanych, jednak ministrowi nie przeszkadza to w pozwoleniu na podawanie herbaty z nieograniczoną ilością miodu, który nie odbiega przecież od tradycyjnego cukru właściwościami słodzącymi i kalorycznością.

Keczup jest substancją zabronioną, chyba że do wyprodukowania 100 gramów użyto co najmniej 120 gramów pomidorów (jednocześnie nikt nie zwrócił uwagi, że keczup może spełniać to kryterium, a jednocześnie zawierać mnóstwo szkodliwego syropu glukozowo-fruktozowego). Uczniowie będą mogli kupić soki owocowe i warzywne, ale tylko w opakowaniach o pojemności nieprzekraczającej 330 ml (!). Stołówki będą obligatoryjnie podawały raz w tygodniu „porcję ryby”, a zatem dzieci zjedzą albo łososia czy halibuta (mało prawdopodobne), albo mintaja czy pangę (bardzo prawdopodobne). W szkole legalnie sprzedamy ser, ale za sprzedaż sera topionego możemy już zapłacić karę – do 5000 złotych. Nie trzeba chyba dodawać, że uczniowie będą mogli zapomnieć o kupieniu w sklepiku drożdżówki czy pączka, a z automatów sprzedażowych znikną batony, tłuste chipsy i paluszki czy napoje gazowane.

Wyliczenie urzędniczych absurdów, które przygotowuje rząd, nie ma bynajmniej na celu wskazania słabych stron katalogu zakazanych produktów, tak by można go uszczelnić i udoskonalić. Trzeba zdać sobie sprawę, że tak dalece drobiazgowe regulowanie życia jest z góry skazane na porażkę. Mit, że urzędnik jest w stanie w swojej nieskończonej mądrości przewidzieć wszystkie możliwe sytuacje i uprzednio zareagować na nie oświeconą legislacją, jest jednym z najbardziej szkodliwych w polskim procesie stanowienia prawa. Tam, gdzie jest miejsce na tradycyjną ludzką zaradność, wolność – ale i odpowiedzialność, swoimi mackami próbuje sięgać państwo, stwarzając pozorne rozwiązania, które niestety szybko przeradzają się w nowe problemy. Lekarstwem na przyrost regulacji jest w takim ujęciu konsekwentny dalszy przyrost regulacji.

Im więcej władzy urzędników, tym większe pole do korupcji

Kolejnym problemem, na który bezwzględnie należy zwrócić uwagę, jest potencjalna korupcjogenność obowiązujących przepisów. W gestii ministra leży bowiem dopuszczenie albo usunięcie całych kategorii produktów spożywczych do obrotu w szkołach. Przecinek, spójnik czy liczba oznaczająca wartość odżywczą oznaczać może znaczne uprzywilejowanie jednych przedsiębiorców kosztem strat innych. Bez trudu wyobrazić można sobie sytuację, w której międzynarodowa korporacja produkująca wody butelkowane dzięki odpowiednim kontaktom doprowadza do umieszczenia na ministerialnej liście takiej specyfikacji wód, która zapewnia jej monopol na ich sprzedaż w szkołach.

Ryzyko nadużyć jest tym większe, że kompetencję do przygotowania szczegółowej listy dopuszczonych produktów uzyskał także dyrektor szkoły. Wpływ na kształt tej listy będzie można wywierać zatem już na najniższym poziomie.

Nieproporcjonalność zakazu przesądza o jego niekonstytucyjności?

Należy zauważyć, że istnieje wiele niekłopotliwych sposobów na obejście zamiaru ustawodawcy, jakim miała być ochrona zdrowia dzieci i młodzieży szkolnej. Uczniowie mogą przynosić zabronione produkty z domu albo nabywać je po drodze ze szkoły, mogą handlować między sobą na terenie placówki, mogą wreszcie zaopatrywać się w sklepach znajdujących się w pobliżu szkół (to ostatnie prowadzi zresztą do narażenia dzieci na większe niebezpieczeństwo, gdyż wiąże się z opuszczeniem przez nie terenu szkoły i np. przekroczeniem ruchliwej jezdni).

Owa nieskuteczność ustawy skutkuje – naszym zdaniem – jej niekonstytucyjnością. Ustawa ogranicza bowiem wolność działalności gospodarczej, co – zgodnie z art. 31 ust. 1 Konstytucji RP – może dokonać się jedynie w drodze ustawy i wyłącznie, jeśli jest to niezbędne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, moralności publicznej, zdrowia publicznego, ochrony środowiska albo ochrony praw i wolności innych osób. Dodatkowo ograniczenie konstytucyjnej wolności nie może naruszać jej istoty.

Odnośnie do wymogu ograniczenia wolności w drodze ustawy, należy – nie zagłębiając się w szczegóły – zauważyć, że wbrew przepisowi konstytucji rzeczywiste ograniczenie wolności działalności gospodarczej dokonuje się w tym przypadku na poziomie rozporządzenia, z którego treści wynika dopiero szczegółowy zakres wolności gospodarowania pozostawiony przedsiębiorcom.

Przesłanka tzw. materialna jest spełniona, gdyż za chronioną wartość uznać można zdrowie publiczne.

Jeżeli jednak chodzi o przesłankę „niezbędności w demokratycznym państwie”, regulacja się nie broni. By ograniczenie wolności mogło przejść ten test, musi być ono 1) przydatne, 2) niezbędne i 3) proporcjonalne. „Przydatnym” jest, zgodnie z orzecznictwem TK, takie ograniczenie wolności, które ma szansę doprowadzić do celu zamierzonego przez Sejm. Stwierdzić należy w tym kontekście, że mnogość alternatywnych sposobów nabycia przez dzieci produktów zabronionych rozporządzeniem całkowicie ubezskutecznia wysiłki ustawodawcy. Regulacja jest irrelewantna i nie ma większego znaczenia dla zdiagnozowanego problemu niezdrowego odżywiania się uczniów.

Ograniczenie jest „niezbędne”, jeśli zamierzonego przez ustawodawcę celu nie da się osiągnąć innymi, mniej dolegliwymi środkami. Po pierwsze – wydaje się, że istnieją środki bardziej adekwatne; po drugie – środki zaproponowane w ustawie mają nikłe szanse osiągnięcia celu. Ograniczenie nie wydaje się także proporcjonalne, gdyż daleko idące limitowanie wolności działalności gospodarczej nie pozostaje w proporcji z uzyskanym w ten sposób poziomem ochrony konstytucyjnej wartości – zdrowia publicznego.

Ustawą znieść otyłość

Ostatnim istotnym aspektem analizy regulacji, o której mowa, jest zwrócenie uwagi na ogólną naiwność ustawodawcy, który najwyraźniej wierzy, że może dowolnie kształtować rzeczywistość aktami prawnymi. Naszym zdaniem jest to w dwójnasób nieporozumienie: po pierwsze, oderwana od realiów legislacja po prostu nie jest skuteczna, co przynosi dodatkowy niepożądany skutek w postaci obniżenia autorytetu państwa, którego prawo nie jest przestrzegane. Po drugie zaś, państwo nie ma dowolności w kształtowaniu prawnych ram życia obywateli, ponieważ istnieje zakres przyrodzonej im wolności, w którą ustawodawcy nie wolno ingerować, choćby obywatele korzystali z niej w sposób dla siebie niekorzystny. Ustrój polityczno-prawny, w którym wolnym rzekomo ludziom nie pozwala się na popełnianie błędów i ponoszenie za nie odpowiedzialności, jest dyktaturą. Regulowanie przez parlament – rzecz jasna dla dobra obywateli – rodzajów jedzenia, które mogą spożywać w szkołach dzieci, jest doskonałym przykładem przekroczenia przez państwo granic stanowienia prawa.

 

Autor: Damian Mikołajczewski

Źródło: www.CzerwonaTaśma.pl

Foto: Pixabay.com