Po co sklepik szkolny?

Sharing is caring!

Agnieszka Aleksiejew
Agnieszka Aleksiejew – Sklepik szkolny „Dziupla” w Przeźmierowie (powiat poznański, gmina Tarnowo Podgórne)

Ja już wiem, że sklepik w szkole powinien być, choć nim otworzyłam swoją Dziuplę wściekałam się na poprzednią ajentkę ze względu na asortyment. Ale kochała dzieciaki i robiła (poza żywieniową wtopą) ewidentnie kawał dobrej roboty. Nie będę się tu rozwodziła nad tym, co w nim powinno być do jedzenia tylko przedstawię Wam punkt widzenia „złego sklepikarza, odzierającego dzieciaki z kasy”. Ha!

Po co dzieciom sklepik szkolny? Nie tylko ze słodyczami?
———————————————————
– bo zapominają śniadań
Ile razy! Mądrzy nauczyciele potrafią w tym momencie poprosić inne dzieciaki, by podzieliły się śniadaniem. Są też tacy, którzy przychodzą do Dziupli i po prostu kupują dzieciom bułkę i herbatę, za swoje prywatne pieniądze. Nie raz i nie dwa, często tym samym dzieciom, nierzadko pochodzącym z raczej zasobnych domów. Możecie nie wierzyć. Życie.- bo niektórzy rodzice wcale nie pilnują/nie uczą, by miały śniadania
Tu mnie ręce opadają. No bo ok, Dziupla jest od grudnia, a niektóre dzieciaki od lat dostają CODZIENNIE pieniądze na śniadania. Pytałam, co kupowali, jak był poprzedni sklepik? To, co było. Uchhh.

– bo śniadanie / picie często za szybko się kończy
Będąc mamą jednego borostwora szkolnego nie potrafię do dziś zgadnąć ile moje dziecko wciągnie. Są dni, że standardowe śniadanie wystarczy, są dni, że o 10 moje dziecię jest już głodne; póki nie było mnie w szkole wiele razy  rzucał się po przyjściu do domu na pożywienie jak mały zagłodzony wilk, wychłeptując przy okazji ze dwie miski, tfu, ze dwie szklanki wody. Słoneczko moje nie siedziało wtedy w szkole bynajmniej do 16, odbierałam wcześniej. Innym razem przynosił połowę niezjedzonego śniadania…. proste. Raz kisili się w klasie, innym razem był intensywny wuef i granie w nogę z chłopakami. Jak zimno chciał herbaty albo mleka – ciepłego! czy kakao. Potraficie precyzyjnie określić, ile i czego potrzeba waszym dzieciom codziennie? Pakować im mnóstwo (szczególnie woda waży!) i niech targa? no, sklepik.

– bo nie muszą (pomijając czy wolno czy nie wolno) wychodzić na przerwie do sklepu obok szkoły
Wyjdą, na pewno. Nie wszystkie, niektóre pozostaną głodne…  Przedsiębiorcze natomiast polecą, przez ulicę, jakkolwiek, ryzykując uwagę w dzienniczku i swoje zdrowie. Sama byłam super-hiper uczennicą czerwonopaskową i też wylatywałam, mimo wielkiego poszanowania dla obowiązujących kodeksów.

Dziupla sklepik szkolny w Przeźmierowie– bo uczą się gospodarować własnymi pieniędzmi
Borostwór większy ni choinki nie umie. Ile ma tyle wyda. No, ale w sumie, gdzie się ma nauczyć? W sklepie na rogu, w którym jest wszystko? Wydadzą mu tam ślicznie resztę i będą namawiać na wodę zamiast coli? Już uwierzę. Pojechał teraz na obóz, zabrał sporo pieniędzy. Wszystko wydał w dwa (dwa!) dni na słodkie napoje, słodycze i popcorn (bo w domu mamy za rzadko… bo chciałem sprawdzić jak to smakuje…). Dobrze, że się nie pochorował. Pocierpiał potem, bo wracając nie dali im wałówki i nie miał za co sobie nawet picia kupić. Niech wydaje. Niech zobaczy, ile można za tyle. Niech decyduje.
O, o właśnie. A propos decyzji – dla dzieci wydanie i osobiste zdecydowanie na co mogą przeznaczyć pieniądze jest bardzo ważne. W „Dziupli” jest „kącik dumania” – bywa, że stoi tam nawet czwórka dzieci i kombinuje. I liczy. I trybiki im się w tych główkach kręcą. Nie śmiejcie się z nich; ile czasu poświęcacie na wybór np. butów? A tu mogą, SAME!

– bo uczą się w bezpiecznych warunkach, jak należy się zachować w sklepie
Nikt na nich nie nakrzyczy w szkolnym sklepiku. Ale wymagam mówienia dzień dobry i poproszę. Czasem udaję, że nie słyszę, czasem stosuję słowa jednej pedagożki „Wyjdź, kochanie, za drzwi. Zobacz, czy nie zostało tam dzień dobry” do maluszków; potem przynoszą to dzień dobry z uśmiechem. „Będzie mi miło, jak powiesz poproszę”. „Ochhh jakie grzeczne dzieci są w tej szkole, wszystkie mówią: proszę, dziękuję, a mnie się buzia zaraz śmieje – umiesz włączyć mi uśmiech?”; do starszych z przymrużeniem oka: „Bawimy się w zerówkę, czy mam udawać że nie słyszę?”. Nie wolno w sklepiku mówić brzydkich słów – bo mają do czynienia z DAMĄ. Zresztą, zależy od dziecka i okoliczności, nie ma ścisłej reguły jak z nimi rozmawiać; zdarzyło mi się nawet wyprosić dziecko ze sklepiku.
Nie wolno się przepychać! Szczególnie mniejsze są narażone. Muszą się nauczyć, że każdy ma takie same prawa. A! i w nosie mam, że szóstoklasista ma dychę w portfelu, a mniejszy 50 gr. W sklepiku rządzę ja, a wszystkie dzieci moje są i już i nie pozwolę.
Zresztą, tak się porobiło po 7 miesiącach, że do mnie przychodzą TYLKO GRZECZNE 🙂
Nie zapomnę, jak wyrzuciłam jednego starszego chłopca ze sklepiku… upomniałam, nie zastosował się, wyprosiłam. Zaskoczył mnie niezmiernie – przyszedł na drugi dzień, przeprosił, stwierdził, że źle zrobił i spytał, czy będzie mógł jeszcze do mnie przychodzić. Nikt mu nie kazał, a w szkole jest drugie miejsce, gdzie można sobie coś kupić, więc nie był na mnie skazany.Ogromnie mi zaimponował, odwaga cywilna, której brak wielu dorosłym! Jesteśmy kumplami 🙂

– bo uczą się wartości pieniądza – za 10 gr nie wszystko da się kupić i liczą! liczą!
Trochę jak 2 akapity wyżej; ale nasze dzieci często są przyzwyczajone do tego, że wszystko jest za darmo. „Pani da, pani ma tego tyle”. „No pić mi się chce!” Zlikwidowałam kreskę, czasem odmawiając mam wątpliwości, bo może trzeba pomóc? Ale nie, nie jestem w stanie karmić całej szkoły. Ja jestem jedna, a dzieci dużo. Uczą się – by pamiętać, że dorośli nie są od spełniania ich zachcianek, odpowiedzialności. Tłumaczę im, że to nie „moje” tylko „sklepikowe”; podstawy ekonomii normalnie. Rozumieją.
Wprowadziłam przedpłatę dla rodziców by w sytuacji awaryjnej dziecko nie chodziło głodne i spragnione po szkole, wielu z tego korzysta. A co do liczenia…
Zerówka. Popołudnie.
„Czy można kupić coś za 7 gr?”
5 minut później:
„A czy można kupić coś za 12 gr?”
5 minut później
„Złożyliśmy się w trójkę i mamy razem 23 gr! Co kupimy???”
Aż w takich momentach żałuję, że nie mam cukierów po 10 gr. Dzielne małe mróweczki liczące 😉

– bo poznają zasadę wzajemności – ty-mnie / ja-tobie
Nie wymaga chyba wielu komentarzy? A ja też pilnuję 🙂
O kradzieżach z portfeli dorosłych jeszcze mi się przypomniało. Nie pozwolę dziecku wydać 100 zł w sklepiku. Jeśli przynosi takie pieniądze do szkoły, sugeruję, by schowało, nie pokazywało innym i jest to dla mnie niepokojący sygnał. Zdarzyło mi się już podejść do wychowawcy klasy, bo 6-latek z taką kasą… owszem, były wyciągnięte z maminego portfela. Mama wybaczyła, wytłumaczyła, nie pogniewała się… w sklepie obok szkoły ktoś zwróci uwagę? Serio?

– bo uczą się, że człowiek za ladą to też człowiek
I są wspaniałe te nasze dzieciaki!
„Czemu pani jest taka smutna dzisiaj? Nie jestem smutna, nie spałam w nocy bo mój synek jest chory. To co Pani tu robi? Niech Pani biegnie do domu się nim opiekować, Pani jest mamą! My sobie dzisiaj jakoś bez Pani poradzimy!”
„Co się dzieje, bo dziś się Pani mało uśmiecha?? Achhhh nie wiem, to chyba ta pogoda… Przytulić Panią?”

– bo sklepik jest trochę eksterytorialny
Nie jestem pedagogiem, dyrektorem, logopedą. Jestem taką ich drugą mamą, posłucham, pogonię umyć ręce, podroczę się z nimi, pocieszę jak smutno. Nie wymądrzam się. Przytulam, jak trzeba. Pozwalam odpocząć we względnym spokoju od głośnej świetlicy (niektóre dzieci są zmuszone przebywać tam od 7-17, nie każdy ma dziadków bądź uda się zgrać pracę na dwie zmiany). Czasem mi aż żal, że przy szykowaniu jedzenia mam tak mało czasu dla nich! Dużo mówią. Potrzebują czasem dorosłego na wyłączność, często pewnie mówią więcej niż do nauczyciela. A że mi brak wykształcenia, reaguję głównie sercem. A oni odwdzięczają się tym samym.
Koniec roku. Odchodzące szóste klasy. Nie dość, że dostałam kwiatek (ja! pani ze sklepiku!), to naściskałam się i naryczałam jak głupia, bo już za nimi zaczęłam tęsknić.
„Będziemy do Pani przyjeżdżać na rowerach na bułki” – kochani….
I anegdotka. Jeden ze szkolnych „łobuziaków”. Gawędzimy, gdzie na wakacje, co będzie robić itd. itp. Życzymy sobie miłych wakacji, mówię, że będę za nim również tęsknić i że zobaczymy się we wrześniu.
„Ja za panią też” – mówi poważnie łobuz. „Do widzenia” – wychodzi.
Po chwili wraca z uśmiechem od ucha do ucha i od serca rzuca:
„Ale bułki to Pani ma najlepsze na świecie! Chciałem, żeby Pani wiedziała”.
Taki dostałam prezencik na koniec roku. 🙂

Noooo dobra, bardzo tęsknię 🙂

Prowadzenie sklepiku szkolnego to nie jest zwykły biznes. Trzeba mieć otwarte oczy, uszy i serce.
Dzieci trzeba lubić, bez tego się nie da.
To powiedziałam ja, wstrętny, wredny sklepikarz 😉

Źródło: www.splatane.blogspot.com/
Agnieszka Aleksiejew